Publikacje edukacyjne
strona główna  archiwum  nowości  zasady  szukaj  pomoc  poczta  płyta CD  redakcja 
               

 

Publikacja nr
3950
rok szkolny
2006/2007

 
Archiwum publikacji
w serwisie Publikacje edukacyjne

Korporacja Dyrektorów Szkół. O wadach konkursów na dyrektorów szkół.

W językoznawstwie istnieje zasada poprawności wypowiedzi oparta na zwyczaju społecznym. Jeśli na przykład większość męskiej populacji społeczeństwa mówiłaby "poszłem" (było tak do lat 90-tych) a nie "poszedłem", to poprawna byłaby pierwsza forma, łatwiejsza wyraźnie i milsza ekonomice języka. Społeczeństwo demokratyczne samo wyznacza sobie kanony językowe. Idealnie. W ten sposób wiele błędów językowych można by uznać za zjawiska poprawne, gdyby nie inne kryteria wykluczające je ze słownika. Na przykład kryterium zgodności z systemem języka mówi o tym, iż każde wypowiedzenie musi być zgodne z zasadami gramatyki języka polskiego, na straży której stoją językoznawcy. I chwała im za to.

System naboru na stanowiska dyrektorów szkół w Polsce nosi znamiona procesu demokratycznego, ale w rzeczywistości nim nie jest. Zgodnie z prawem każdy dyrektor musi przejść przez "sito" konkursu. Ten system ma jednak wady i im się przyjrzymy.

O stanowisko dyrektora może starać się nauczyciel, który ma ukończone kursy lub studium "Zarządzania oświatą". Aby ukończyć takie szkolenie, trzeba zapłacić pieniądze uczelni. Jeżeli nauczyciel nadający się na stanowisko dyrektora nie ma funduszy, to musi zrezygnować z ambicji i niestety traci na tym szkoła i demokratyczne społeczeństwo. To jest poważna wada systemu naboru i ograniczenie konkursowe. Jest bowiem wiele rad pedagogicznych, wśród których znajdują się jednostki wybitne, ale nie mają odpowiedniego "kwitka" na rządzenie. Zaświadczenie takie warunkuje udział w konkursie, ale czy stoi za nim fachowe przygotowanie? Rzecz dyskusyjna.

Do konkursu może stanąć nauczyciel, dla którego znajdzie się parę godzin zajęć z jakiegokolwiek przedmiotu w rzeczonej placówce. Zatem osoba kandydująca z zewnątrz jest zagrożeniem etatów nauczycieli i dlatego przegrywa na starcie. Mimo iż to gmina lub starostwo rozpisuje konkurs na stanowisko dyrektora, jest to w istocie konkurs zamknięty dla ludzi spoza danej szkoły. Jeśli owa placówka jest dotknięta jakąś patologią, a wybór człowieka z zewnątrz tego układu jest pożądany, to i tak nie ma na to szansy. Demokracja sama sobie zamyka oczy.

Każdy, kto choć raz brał udział w konkursie na stanowisko dyrektora szkoły, wie, iż jest ono prawną formalnością tylko. Spotykają się na niej bowiem zwykle dwie strony z już ustalonym wynikiem. De facto konkursy są rozstrzygane przed wyznaczonym terminem i godziną. Kandydaci wchodzą, prezentują się komisji, lecz nie jest istotne to, co sami mają do powiedzenia i kim są. W rzeczywistości konkurs wygrywa kandydat "mocniejszy", z większym poparciem - ilością głosów, jeszcze zanim wszedł na salę przed oblicze komisji. Głosy te są łatwe do obliczenia czy też przewidzenia.

Największą wadą konkursów i niebezpieczeństwem jest brak odpowiedzialności komisji za wybór. Pomimo bowiem spełniania przez kandydata warunków formalnych, może on być na przykład zupełnie nieodpowiednią osobą na to stanowisko a komisja i tak go uszczęśliwi zwycięstwem.

Przykład nr 1. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy do konkursu zgłasza się kilkoro kandydatów. Jednym z nich jest dyrektor ubiegający się o drugą kadencję. Zupełnie się nie sprawdził, jest znany z arogancji wobec nauczycieli, nie ma pojęcia o kreatywności i bije rekordy lenistwa, powszechnie znany jest z tego, że nie chodzi na własne lekcje, a powinien, natomiast regularnie w każdy poniedziałek przychodzi do pracy "wczorajszy". Jego prezentacja przed komisją jest jednak najbardziej rzeczowa, bowiem korzysta z danych znanych tylko księgowej i jemu, a komisję interesują na przykład tylko liczby i po liczbach ocenia atrakcyjność.

Wyliczmy głosy, na które może liczyć ów nieodpowiedni kandydat: głos inspektora lub naczelnika oświaty w gminie czy powiecie, bo znają się dobrze i wiele niedziel ze sobą "przepijali"; głosy przedstawicieli kuratorium w liczbie trzech, ponieważ owe osoby opierają się na opinii inspektora lub naczelnika; podobnie na tej opinii opierają swoje zdania przedstawiciele samorządu lokalnego w ilości trzech osób, a zatem to kolejne trzy głosy; dwa głosy oddadzą na tego kandydata przedstawiciele rodziców uczniów szkoły, których kandydat-dyrektor osobiście zachęcił i przekonał do siebie przed wyborami, nie wnikajmy w jaki sposób tego dokonał. Z głosami przedstawicieli związków zawodowych (dwa związki to dwa głosy) i nauczycieli (z reguły dwóch przedstawicieli) rzeczony kandydat w ogóle nie musi się liczyć, a przecież ci ostatni znają go lepiej niż pozostali członkowie komisji konkursowej.

Co i komu jest wybaczalne w powyższej symulacji? Przybywające na konkurs osoby z kuratoriów tak znają sytuację szkoły, jak przeciętny mieszkaniec Polski. Intuicyjnie stawiają na kandydata wskazanego przez naczelnika lub inspektora oświaty, bowiem to ów urzędnik odpowiada za dyrektorów szkół, a nie komisja. Nie interesuje ich tak naprawdę los konkretnej placówki i bezpieczniej jest posadzić na stołku dyrektora osobę już tam siedzącą. Zaznaczmy też, iż osoby z zewnątrz nie mają obowiązku zasięgać opinii rady pedagogicznej, związków zawodowych itd. O dziwo, przyjeżdżają, podbijają delegację, głosują tak, jak im każe czy sugeruje lokalny zwierzchnik oświaty i znikają. Można im wybaczyć to zaniedbanie? Jeśli wynika z lenistwa, owszem, jeśli zaś jest ustawowe, nigdy! Mogliby chociaż oni i urzędnicy lokalni reprezentowani w komisjach zrobić minimum. Pójść na zebranie rady pedagogicznej i poprosić o wypełnienie przez nauczycieli krótkiej ankiety, oceny pracy aktualnego dyrektora-kandydata, wykonać podobną śród uczniów "uczonych" przez niego na temat frekwencji, poziomu wymagań etc. Jednakże ustawa o wyborze na stanowisko dyrektora szkół nie narzuca im takiego obowiązku, nikomu takiego obowiązku, żadnego obowiązku poznania wskazanej konkursem szkoły nie nakazuje. Zna ją inspektor lub naczelnik. To wystarcza? Komu i do czego? Koniec przykładu nr 1.

Dygresja o urzędnikach samorządowych. W istocie kim są inspektorzy i naczelnicy oświaty, urzędnicy szczebla władz samorządów lokalnych? Cóż, trudno określić. Na stanowiska dyrektorów szkół, przedszkoli i innych placówek edukacyjnych, wychowawczych i kulturalnych wymogi są konkursowe i jasno sprecyzowane, chociaż jakość owych zasad podlega dyskusji. Paradoksalnie wielu dyrektorów szkół podlegających bezpośrednio władzom lokalnym "melduje się", "raportuje", doradza i rozlicza przed inspektorami, naczelnikami, którzy nie wiadomo skąd, nagle, po wprowadzeniu reformy oświaty rozpoczęli zarządzanie. Jest wśród nich spora liczba ludzi nieodpowiednich bez jakichkolwiek przygotowań merytorycznych. Oczywiście mają w swoich papierach kwitki na ukończenie kursów zarządzania oświatą i studia podyplomowe zrobione w trakcie, ale. Gdzie nie ma obligatoryjnej wymiany kadr, kadencyjności, tam są patologie.

Nie będzie "odkryciem Ameryki" stwierdzenie, iż wspomniani urzędnicy nadzorujący pracę szkół i przedszkoli "obrastają w tłuszcz", bez uzasadnienia roszczą sobie prawa do bycia autorytetami w zakresie edukacji i zarządzania, zachowują się w stosunku do podległych im osób jak udzielni książęta, mało tego, żyją mentalnie w czasach socrealizmu.

Przykład nr 2. Do jednego konkursu stanął kandydat bezpartyjny popierany przez radę pedagogiczną i związki. Nauczyciele mieli już dosyć patologii w zarządzaniu przez urzędującego dyrektora o cechach narcyza i szubrawcy, jego nepotyzmu, kumoterstwa i głupoty. Ba, dyrektor ów miał firmę handlującą używanymi samochodami przepisaną na szwagra. Korzystając z koniunktury dał kilka luksusowych aut swojemu naczelnikowi i staroście. Rzeczą jasną jest, iż naczelnik miał to zrozumieć we właściwy sposób. Miał mu gwarantować reelekcję, a potem wybór na to samo stanowisko żony. Niektórzy wspaniale potrafią się "ustawić", prawda?

Kontrkandydatem starego dyrektora podczas konkursu był nauczyciel wychowania fizycznego, który nie przyjął od szwagra dyrektora prezentu w postaci używanego auta. Był "czysty" od wszelkich patologii i w nim wszyscy pokładali nadzieje. Dlaczego? Ponieważ aktualny dyrektor traktował placówkę jak własne ranczo, stał się w dodatku tak pazerny na pieniądze, że gdzie tylko mógł, ustawiał swoich ludzi i do jego kasy strumieniami wlewała się gotówka. Pieniądze brał od fotografa robiącego dzieciom zdjęcia na terenie szkoły, od agenta ubezpieczeniowego, od firmy remontującej łazienki szkolne, a nawet prowizję od woźnego, któremu załatwił pracę w szkole.

Podczas konkursu najwięcej pytań zadał naczelnik oświaty nauczycielowi wuefiście. Dogłębnie wypytywał o prawo oświatowe, księgowość szkolną i finanse. Nauczyciel odpowiadał, że od finansów szkolnych jest skarbnik powiatu i szkolna księgowa. Członkowie komisji konkursowej zdawali sobie sprawę z faktu, iż naczelnik dąży do ośmieszenia tej kandydatury. Dopiero jednak, gdy w swoich pytaniach zagalopował się zahaczając o życie prywatne kandydata, wtedy zaprotestowali nauczyciele i przedstawiciele związków. Było jasne, że poza nimi ów kandydat nie zdobędzie głosów. Nikt, żaden inny kandydat nie wygrałby z aktualnie rządzącym dyrektorem. Koniec przykładu nr 2.

Poważną wadą konkursów na stanowisko dyrektora szkoły jest fakt, iż niezależnie od tego, kogo wskażą wyborcy-komisja, mogą wybrać miernotę, średniaka lub po prostu idiotę. Konkurs nie chroni systemu edukacji przed karierowiczami i nie promuje najlepszych! Najlepsi to oczywiście ludzie oceniani przez lata swojej edukacji najlepiej z możliwych. Gdyby zatem prześledzić dokumentację 100 konkursów na stanowisko dyrektora szkół dowolnie wybranych w Polsce, może okazać się, iż tak ważny czynnik jak ocena kandydata na dyplomie lub rodzaj studiów nie jest cechą ważną kandydata, a elementem formalnym, ot, kandydat musi mieć ukończone studia wyższe. Koniec. Otóż nie, to nie powinien być koniec, ale początek.

Każdy student uczelni wyższej pragnie skończyć studia, ale też pożyć i pokosztować studenckiego życia. Jedni potrafią znaleźć w tym umiar, inni często zapominają o celu zasadniczym studiowania. Jedni są zdolni, inni mniej zdolni, a system ocen w jakimś stopniu to odzwierciedla. Wiele komisji konkursowych nie tylko na stanowisko dyrektora szkół o tym zapomina i zupełnie ignoruje, a przecież wiadomo, że bardzo dobra ocena na dyplomie świadczy o tym, iż mamy do czynienia z człowiekiem pracowitym, rzetelnym, zdolnym itd. Średnia ocena ze studiów jest wynikową wielu ocen wielu ludzi, a nie kilkunastu zebranych przypadkowo członków komisji konkursowej, w okresie kilku lat pracy ze studentem. Czy ocena na dyplomie, lata ciężkiej pracy studenta, mogą być godne zaufania?

Przykład nr 3. W gminie X odbywały się wybory na stanowisko burmistrza. Do konkursu stanęło troje kandydatów: nauczycielka nauczania początkowego, wieloletni dyrektor domu kultury z dyplomem technika i zaświadczeniem, że jest aktualnie studentem drugiego roku resocjalizacji studiów zaocznych, a także trzeci "człowiek znikąd", absolwent wydziału prawa administracyjnego i studiów zarządzania. Pierwszy kandydat miał poparcie prawicy, drugi lewicy, trzeci lokalnego koła wyborców. Konkurs wygrał dyrektor domu kultury i później dokończył studia. Okazało się, iż nie były istotne oceny na dyplomach dwóch uczelni o światowej renomie trzeciego kandydata, nieistotna była ocena na dyplomie uczelni wyższej nauczycielki. Ważniejsze były interesy partii rządzącej. Koniec przykładu.

Dygresja. Dla wyjaśnienia powyższego przykładu można by zapytać, jakim prawem o stanowisko burmistrza czy starosty walczą osoby zupełnie do tego nieprzygotowane formalnie? Jak to jest, że nauczycielka nauczania początkowego ma ambicje zarządzać gminą czy powiatem? To samo dotyczy owego zwycięzcy, dyrektora domu kultury. Czyż nie byłoby logiczne, aby do takich stanowisk prawo predestynowało wręcz kandydata numer dwa? To pytanie musielibyśmy rozszerzyć na całe państwo i zapytać wprost: Dlaczego na przykład chcąc być lekarzem lub nauczycielem czy policjantem, należy spełniać wymogi formalne, na przykład mieć ukończone studia lub zdaną maturę, a na stanowisko burmistrza, starosty, posła na sejm nie ma takich wymagań? Wystarczy być członkiem odpowiedniej partii.

Czy to jest sprawiedliwe, aby reprezentantem nauczyciela w sejmie był jego uczeń, który nie miał siły i wytrwałości, aby zdać maturę, lecz zrobił karierę polityczną? Czy to aby nie patologia społeczna? Wstecznictwo.

Wracając do konkursów na stanowisko dyrektora szkół, powiedzieć należy, iż konkursy także bywają polityczną rozgrywką pomiędzy wzajemnie zwalczającymi się ugrupowaniami.

I ostatnia wada, kadencyjność. Pięcioletnie kadencje dyrektorów szkół były być może uzasadnione w systemie nauczania szkół pięcioletnich, choć wątpię. Ponieważ uczniowie szkół gimnazjalnych i średnich uczą się w systemie trzyletnim, pracę dyrektorów szkół można ocenić teraz prędzej. Nie ma takiej potrzeby, aby dyrektorzy piastowali urzędy dwa lata dłużej od uczniów, którzy rozpoczynali pierwszą klasę razem z dyrektorem, gdy ten rozpoczynał urzędowanie. Dzięki reformie oświaty, sprawdzianom i egzaminom, maturom, szkoła ma narzędzie obiektywnej oceny pracy nauczycieli i dyrektora również. Zatem należałoby zrobić wszystko, aby je wykorzystać dla dobra szkoły, dzieci i nauczanej młodzieży.

Jednym z najlepszych rozwiązań byłoby utworzenie Korporacji Dyrektorów Szkół odpowiedzialnej i rozliczanej za efekty pracy w systemie trzyletnich kadencji. Wszystkie wady konkursów mogłyby być zniwelowane przez pracę dyrektorów spoza środowiska konkretnej szkoły.

Statut takiej instytucji precyzowałby dokładnie, kto i na jakich zasadach miałby do niej należeć. Praca dyrektorów byłaby oceniana poza szkołą i jej środowiskiem lokalnym. Z pewnością na wstępie w jej poczet zostaliby wcieleni wszyscy aktualni dyrektorzy, lecz oceną ich pracy nie zajmowałby się lokalny urzędnik, lecz fachowcy. Z kolei władze lokalne zgłaszałyby "zapotrzebowanie" na konkretnego fachowca o cechach i wykształceniu takim, a nie innym, z doświadczeniem takim lub innym, w celu rozwiązania określonych problemów w konkretnej placówce.

Korporacja sama dokonywałaby naborów i egzaminów na stanowiska dyrektorskie w oświacie. Pierwszeństwo mieliby ludzie o określonych ocenach na dyplomach uczelni zależnie od profilu kształcenia w konkretnej szkole itd. Pomysłów na zorganizowanie takiej korporacji na wzór Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych może być wiele.

Wydaje się koniecznością, aby pracować nad takim rozwiązaniem jak najszybciej, gdyż dotychczasowa forma zatrudniania, nadzoru pedagogicznego, rozliczania dyrektorów szkół już nie zdają egzaminów. Są przeżarte korupcją i patologią, skłócają i stresują środowiska, dzielą je i obniżają wartość systemu edukacji. Sprawiają też wrażenie podobieństwa do wspomnianego na początku kryterium zwyczaju społecznego. Otóż można odnieść wrażenie, iż wady systemu konkursów na dyrektorów szkół weszły w społeczny krwioobieg i są uznawane za właściwe i etyczne, za normę. Niestety, nie ma innych norm, tak jak w językoznawstwie, które wykluczałyby patologie konkursowe. No, jest jeszcze etyka pracy i etos, ludzka przyzwoitość, ale gdzie toczy się walki o władzę, tam potrzebne są obligatoryjne i prawne rozstrzygnięcia.

Roman Rzadkowski


Zaświadczenie online Certyfikat publikacji



numer online: 44 gości

reklama