Publikacje edukacyjne
strona główna  archiwum  dziedziny  nowości  zasady  szukaj  pomoc  poczta  redakcja 
               

 

Publikacja nr
13349
rok szkolny
2018/2019

 
Archiwum publikacji
w serwisie Publikacje edukacyjne

Koncepcje bycia nauczycielem - typ wyzwalający, terapeutyczny i kierowniczy - który z nich jest moim wyborem ?

W porównaniu do czasów minionych, kiedy to dominowała monodydaktyka i "technologia uczenia", dzisiaj istnieje jeszcze możliwość wyboru najbliższej nam koncepcji bycia nauczycielem - świadomym i niezniewolonym. Celowo użyłam słowa "jeszcze", ponieważ - jako nauczycielka z dziesięcioletnim stażem - z trwogą obserwuję działania polityków, które to cieniem kładą się na całym procesie edukacji. Będąc jednak optymistką, zakładam, że każdy pedagog ma własną hierarchię wartości, własne założenia i cele, które są przez niego realizowane z pasją i powołaniem, choćby wbrew narzucanym schematom.
Niezależnie od wybranego sposobu pracy z dziećmi i młodzieżą - ważne jest to, że nauczyciel powinien towarzyszyć uczniom w procesie zdobywania informacji. Prowadzić i wskazywać kierunki. Modele edukacyjne funkcjonujące we współczesnym świecie są kalekie, gdyż często kładą nacisk na zdobyte wiadomości, a nie umiejętności. "Opanowanie materiału" nie oznacza przecież, że uczeń rozwinął swoje myślenie; istnieje jednak możliwość, że poszerzył swoje horyzonty - jeśli nie przez same treści, to np. poprzez obserwację samego siebie podczas procesu zapamiętywania, zauważenie swoich mocnych i słabszych stron itd. Każdą aktywność można przekuć na korzystną dla nas, a rolą nauczyciela jest wspieranie takich działań w zgodzie z własnym paradygmatem dydaktycznym.
Kłopoty dydaktyczne i dylematy wywodzą się, wg mnie, nie tylko z mechanicznego podejścia do terminów i asocjacji językowych typu: "przyswajanie wiedzy", "kształtowanie pojęć", etc., które to stawiają nauczyciela w roli demiurga (niemalże absolutnego) zapisującego transmisyjnie czyste karty umysłów dziecięcych wedle swojego kaprysu; ale też z niewiedzy na temat przedwiedzy uczniów - raz, że nie wiemy często, do czego "dokładamy", dwa, że nasze kody komunikacyjne mogą się nie zgadzać (stąd konflikt w relacji nauczyciel - uczeń), a trzy - brak podstaw psychologicznych wśród nauczycieli, a co za tym idzie - nieumiejętność odczytywania potrzeb emocjonalnych podopiecznych (potrzeby bezpieczeństwa, kontaktu emocjonalnego, uznania, własnego rozwoju, poznawczej, swobody itd.), co kończy się zaburzeniem funkcji diagnostycznej (określenia faktycznego stanu "wiedzy" i sposobem funkcjonowania już zdobytych wiadomości w umyśle dziecka, poziomu dojrzałości itd.), prognostycznej (określenie kierunku rozwoju), itp. Poza tym istnieje możliwość, że nauczyciel da się wciągnąć w "grę" przez ucznia (jak tłumaczył w 1954 roku psychoanalityk Eric Berne - wszyscy ludzie prowadzą między sobą tzw. transakcje, czyli wymianę różnych bodźców emocjonalnych, w związku z czym prowadzą gry, które polegają na manipulowaniu kimś celem zaspokojenia swoich potrzeb); może reagować emocjonalnie, wchodząc np. w rolę "tyrana" lub "kumpla".


REKLAMA

Jak wyżej wspomniałam, każdy nauczyciel powinien posiadać swój paradygmat, do którego dobiera dogodne metody działania i pracy. Kłopot tkwi w tym, że nie można oddzielić dydaktyki od polityki i kultury, kontekstu. Nie zawsze i nie wszędzie da się wprowadzić wybraną metodę. Trzeba więc zaakceptować wielość rozwiązań i dróg, należy być elastycznym i inteligentnym (czyli umieć dostosować się do okoliczności bez popadania w konformizm), co nie jest łatwe, ale bywa konieczne - zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy panuje neoliberalizm, konsumpcjonizm i nastawienie na zysk.

Aby usystematyzować "style" nauczania (kształcenia?) skupiono się na płaszczyźnie: bodziec (zachowanie ucznia) i reakcja (zachowanie nauczyciela); charakteryzować można również wartość podstawową stylu (sens kształcenia i jego przyczyna), główny cel kształcenia, treści kształcenia, pozycję ucznia w relacji z nauczycielem oraz rolę rodziców i środowiska ucznia.
Ze względu na te składowe, idąc m.in. Za G. Fenstermacher i J. Soltis wyróżniamy trzy style nauczania: kierowniczy (autorytarny, menadżerski), wyzwalający (emancypacyjny) i terapeutyczny (wspierający). Każde z tych wyobrażeń na temat tego, kim jest nauczyciel, czym jest nauczanie, a czym być powinno - zasadniczo różni się od siebie.

Pierwszy styl - kierowniczy - opiera się na wydajnym i skutecznym kierowaniu procesem uczenia się, nastawiony jest na wynik, na "przyswajanie wiedzy", rankingi, wyniki egzaminów, zestawienia szkół w mieście, województwie itd. - tak widzę to ja: nauczycielka i matka. Zachowanie takie przypomina postępowanie kierownika firmy lub fabryki - stąd nazwa. Nauczyciel, który wybrał taki styl pracy, jest zarządcą i dominującą jednostką. Wyznacza zadania samodzielnie, narzuca czas na ich wykonanie, a także sposób ich rozwiązania. Nie znosi sprzeciwu, nie uznaje dialogu, uwag i nie bierze pod uwagę propozycji uczniów. Jednocześnie nie współpracuje z klasą, oddziela wyraźnie swoje stanowisko od grupy podopiecznych, nie uznaje krytyki i nie przyznaje się do błędu (nawet, gdy jakiś popełni i zostanie to zauważone). Jest to nauczyciel, który nie zwraca uwagi na środowisko, z którego wywodzi się uczeń, na jego rodzinę; nie współpracuje z opiekunami dziecka.

Mimo negatywnego obrazu takiego stylu nauczania - przy odpowiedniej interpretacji można dostrzec kilka charakterystycznych dla niego atutów.

Metody wydają się skuteczne w odniesieniu do realiów życia i nauczania - zbyt liczne klasy, tzw. wyścig szczurów, nastawienie na efektywność i wyniki wyrażone w cyfrach - dzieci przyzwyczajane są do funkcjonowania w takim świecie od najmłodszych lat. Ponadto uczą się pracować pod presją czasu, w konkretnych ramach czasowych. Do tego nauczyciel taki - mimo dominującej w tym paradygmacie motywacji negatywnej (nagany, kary itd.) - jest konsekwentny i przewidywalny dla uczniów, co z punktu widzenia psychologii jest pożądane, gdyż buduje u dzieci poczucie granic, a co za tym idzie - poczucie bezpieczeństwa. Zaczynają też one swoją edukację na równych prawach, bez analizy ich pochodzenia, możliwości itd. - niektórym może to wyjść na dobre. Przygotowanie nauczycieli - kierowników do lekcji też zazwyczaj nie wzbudza zastrzeżeń, gdyż wiernie realizują oni program i muszą wszystko zaplanować wcześniej, tworząc materiały ćwiczeniowe, sposoby na kontrolowanie stopnia przyswojenia wiadomości przez dzieci, raporty, zestawienia oraz liczne plany naprawcze.
Wady takiego stylu są, wg mnie, bardziej oczywiste niż zalety. Przede wszystkim dzieci traktowane są jak surowiec przeznaczony do obróbki, odzierane są z indywidualności i podmiotowości. W oczach pedagoga - kierownika stanowią grupę, która ma spełnić oczekiwania jego (a może i dyrektora placówki), zrealizować program i sumiennie zapamiętywać wiadomości wykładane podczas lekcji. Niestety, częściej niż szacunek, taki nauczyciel budzi strach w podopiecznych, co też nie sprzyja poprawnemu rozwojowi uczniów. Tracą oni motywację poznawczą, działają tylko po to, aby uniknąć kary. W dodatku zanikają więzi między kolegami z klasy, bo pojawia się niezdrowa rywalizacja podszyta lękiem; ściąganie, wagary. Jeśli pozycja nauczyciela jest bardzo silna i autorytarna, a do tego np. nałoży się na jego psychopatyczną naturę (wystarczy, że prezentuje on psychopatię narcystyczną często występującą u ludzi "na stanowiskach" m.in. menadżerskich, prawniczych itd.) lub deficytową emocjonalnie - uczniowie mogą nie poradzić sobie psychicznie, zacząć wykazywać objawy psychosomatyczne, a nawet popaść np. w depresję. Zwłaszcza we współczesnym świecie, gdzie obecnie żniwo zbiera sposób na bezstresowe wychowanie; młodzież nie zna odpowiedzialności i trudności codziennego życia, ma wielkie oczekiwania a małe chęci do pracy; jest nastawiona na konsumpcję oraz funkcjonowanie w jaskrawym i barwnym świecie miliona bodźców, wierzy, że wszystko im się należy przy minimalnym nakładzie pracy. Takich ludzi boli zderzenie ze stylem kierowniczym.
Mnie styl autorytarny kojarzy się ze "starą" szkołą, którą z sentymentem wspominają niekiedy moje starsze koleżanki. Wtedy uczeń szanował nauczyciela. Nie sprzeciwiał się. Gdy do rodzica dotarło, że w szkole dziecko dostało burę - w domu dostawało jeszcze raz. To uczeń obawiał się nauczyciela, a nie nauczyciel ucznia, a i linijką można było uderzyć w razie potrzeby... Itd., itp. Gdy zaczynałam pracę w zespole szkół (gimnazjum i szkole podstawowej) - polecono mi, a może bardziej radzono, abym się nie uśmiechała do uczniów, żebym nie okazywała ludzkiej twarzy, bo wejdą mi na głowę. Kosz na śmieci założą i zjedzą.
Tak też uczyniłam. Byłam chyba bardziej przestraszona niż uczniowie. Jakiś czas więc, idąc za radą doświadczonych, bijąc się z myślami i planując dalsze życie (po rzuceniu pracy w szkole) byłam stereotypową, surową i nieczułą na potrzeby uczniów panią od polskiego. Wykańczało mnie to psychicznie, a i moi uczniowie (mądre i przebiegłe istoty) nie cieszyli się chyba zbytnio, wchodząc na moją lekcję. Każda z nich zresztą miała nastrój Zimnej wojny lub poligonu (gdy obie strony były w lepszej formie). W dodatku raz na jakiś czas nie wytrzymywałam i szłam za powołaniem (rozumianym nieco inaczej niż męczenie dzieci "wkuwaniem" dzień i noc) i starałam się aktywizować klasę, wymyślałam ciekawe w swoim mniemaniu zajęcia i gry edukacyjne, organizowałam teatry i dyskusje. Przez niespójne postępowanie - rzadko kiedy mogłam cieszyć się pełnym sukcesem po takich lekcjach. Uczniowie nie wiedzieli, jak mają reagować na moją zmianę.
I tak właśnie, po kilku miesiącach zbiorowego kryzysu na płaszczyźnie nauczyciel - uczniowie (o dziwo, ich rodzice byli zadowoleni z mojej pracy...), stwierdziłam, że moja droga nauczycielska nie tylko może, ale musi wyglądać inaczej. Postanowiłam działać inaczej i przede wszystkim w zgodzie z samą sobą.
Jak się później okazało, bliżej mi było do kolejnych dwóch stylów nauczania, które omówię poniżej.


REKLAMA

W stylu wyzwalającym (emancypacyjnym) kładziony jest nacisk na materiał, który uczeń ma opanować (podobnie jak w stylu kierowniczym), ale brane są pod uwagę różnice cechujące poszczególnych uczniów, a nauczyciel musi zastanawiać się, w jaki sposób może dotrzeć do każdego z nich i przekazać informacje; jest gotowy na wiele zmian, które wydadzą mu się konieczne, aby nauczanie było zakończone sukcesem, czyli przekazaniem i zapamiętaniem materiału przez uczniów. Jest to pedagog elastyczny i kreatywny, a jego celem jest wyswobodzenie umysłów podopiecznych. Wybiera on cechę, którą chce wydobyć z dzieci i temu podporządkowuje działania i metody, doceniając np. oryginalność czy krytyczne myślenie i umiejętność bronienia swoich poglądów. Uczniowie pod opieką nauczyciela wyzwalającego mogą uwolnić swoje umysły od stereotypów, doświadczeń dnia codziennego, a robią to bez udziału osób trzecich (np. rodziców); zdobywają wiele informacji, ale służą one rozwijaniu umysłu.
Nauczyciel obierający sobie taki paradygmat powinien być wszechstronnie uzdolniony i posiadać wiedzę wybiegającą poza nauczane przez niego treści. Musi zachęcać do samorozwoju i samodzielności w podejmowaniu decyzji, zatem sam powinien być przykładem takiej postawy. Musi starać się oceniać obiektywnie (chociaż jest to trudne), być aktywnym pedagogiem i zaangażowanym.
Styl wyzwalający nauczania jest mi bliski, ale już kilka lat temu porzuciłam główny cel tegoż - nie uważam, aby każdy mój uczeń musiał być świetnie przygotowany merytorycznie. Nie wszystkich nauczany przeze mnie przedmiot pociąga tak mocno jak innych, nie każdy też wyróżnia się choćby mownością - w mojej hierarchii zawodowej na pierwszym miejscu nie stoi to, żeby cała grupa dzieci miała doskonałe wyniki. Chcę, aby uczniowie osiągali wyniki dobre, bardzo dobre lub wyśmienite, ale w swoim zakresie możliwości. Żeby byli najlepszą wersją siebie. Niekoniecznie przekłada się to na rankingi, ale wiem, że nie zraziłam nikogo do nauki. Mało tego, wiem, że każdy czegoś się nauczył i dowiedział o sobie, zdobył jakąś umiejętność, a to ważne.

Najbliższym mi stylem jest styl terapeutyczny (wspierający) - charakteryzuje się chyba przede wszystkim tym, że nauczyciel wspiera ucznia w rozwoju. Jest on towarzyszem dziecka w drodze do zdobywania nowych umiejętności i podsyca jego ciekawość świata, zachęca do rozszerzania horyzontów. Stara się, aby wewnętrzna motywacja ucznia wzrastała i rosła w siłę, bo to ona jedyna jest gwarantem owocnej edukacji i chęci samorealizacji. W tym celu musi traktować ucznia podmiotowo, zwracać uwagę na jego cechy indywidualne, konstrukcję psychiczną, rozwój poszczególnych inteligencji (językowej, wizualno-przestrzennej, muzycznej, ruchowej, logiczno-matematycznej, interpersonalnej, intrapersonalnej czy przyrodniczej), środowisko, z którego pochodzi, jego sytuację rodzinną, wrażliwość. Powinien być nie tylko pedagogiem empatycznym, ale i psychologiem wspierającym samoakceptację i decyzyjność ucznia, dostrzeganie przez niego wielości rozwiązań (a do tego konieczne jest poczucie własnej wartości u ucznia, jego wiara w sprawstwo).
Najważniejszym elementem stylu terapeutycznego jest życzliwe wyposażenie ucznia w potencjał potrzebny w przyszłości - musi on zgromadzić takie zasoby, aby w przyszłym, dorosłym życiu móc samodzielnie i odpowiedzialnie kierować swoimi wyborami, nie bać się zmian i konsekwencji własnych działań. Celem nadrzędnym jest więc pomoc podopiecznym w staniu się autonomiczną i autentyczną jednostką - myślącą, pewną siebie (co nie oznacza bycia zarozumiałym - raczej świadomym swoich zalet i słabszych stron), asertywną i odważną, ciekawą świata, rozwijającą swoje zainteresowania.
Są to jednocześnie zalety i wady stylu wspierającego. Podsumowując, wydaje się on nieco ideologicznie naiwny i trochę utopijny, ponieważ nad każdym nauczycielem jednak ciążą odpowiedzialności programowe, rozkłady materiału, egzaminy, diagnozy i rankingi szkół. Poza tym świat nie sprzyja indywidualistom. Z drugiej strony obecne realia opierają się na otwarciu na świat, młodzież dzisiaj może sięgać dalej niż starsze pokolenia, ma mniej ograniczeń geograficznych, językowych i zawodowych, więc nabycie samoświadomości i odwagi jest niezwykle istotne.

Zastanawiając się nad nazwaniem własnego stylu nauczania, zmuszona byłam do przeanalizowania swojego postępowania i poglądów na swój zawód. Na szczęście lekcje i praca z dziećmi to moja pasja i - jakby górnolotnie i banalnie to nie zabrzmiało - jedyny powód, dla którego zatrudniłam się w szkole (bo przecież ani o stabilizacji, ani pieniądzach nie może być tu mowy). Zawsze chciałam być nauczycielką i do tej pory cieszę się z dokonanego wyboru, chociaż wiele bym zmieniła w samej konstrukcji procesu edukacyjnego. Uważam się za kobietę aktywną i otwartą na innych, odnajdującą się w grupie - czasem w roli lidera, niekiedy cichego obserwatora.
Praca z uczniem zdolnym czy tym ze specyficznymi potrzebami - wszystkiego tego doświadczyłam. Zauważyłam, że niejednokrotnie dzieci uczą się czegoś "przy okazji", zwłaszcza w sytuacjach problemowych, często trudnych dla dziecka, docierając do rozwiązań problemu, analizując samodzielnie. Sięgam po metodę projektu - uczniowie tworzą gazetę na potrzebę Folwarku zwierzęcego czy szykują linię obrony dla Balladyny. Stają się wtedy krok po kroku samodzielnymi i twórczymi jednostkami.
Nie oceniam poglądów uczniów - nigdy. Nie omawiam przy wszystkich pojedynczych przypadków. Szanuję uczniów, oczekując wzajemności, ale nigdy nie wchodzę z nimi w "układy", bo nie uważam ich za wystarczająco dojrzałych - jeszcze nie. Nie uznaję relacji koleżeńskich z podopiecznymi, co nie oznacza, że nie pocieszę czy nie wysłucham ucznia. Staram się być wyrozumiała i życiowa, ale mam swój kodeks, z którym zaznajamiam klasę. Najważniejsza jest uczciwość z obu stron, konsekwencja, kreatywność i poczucie humoru - na tym opieram swoje działania. Chciałabym być traktowana jak człowiek mający dobre intencje i z ulgą stwierdzam, że często mi się to udaje. Dowodem na to są nie tylko podziękowania ze strony rodziców, ale informacje zwrotne od uczniów, którzy dawno wyfrunęli spod skrzydeł wszystkich okolicznych dorosłych. Dzięki uśmiechom i wewnętrznej, naiwnej wierze w powołanie - dalej trzymam się swoich zasad i staram się zaszczepić w uczniach ciekawość świata, wiarę w siebie i ludzi, mając nadzieję, że będą śmiało kroczyć przez życie, a sny ze szkołą w roli głównej nie będą ich nękać po nocach. Nie wiem, czy będę miło wspominana przez wszystkich uczniów, ale wiem, że nie raz i nie dwa pośmialiśmy się razem, popłakaliśmy (choćby tematyka II wojny światowej sprzyja wzruszeniom - uważam, że tematy smutne czy przerażające również powinny być przez uczniów zgłębiane, bo to także wpływa na ich rozwój, a ubarwienie zajęć choćby filmem często ma wymierne skutki), szukaliśmy rozwiązań przy mniej atrakcyjnych tematach, aby przetrwać bez szwanku. Łączyło nas wiele działań i emocji, które krążą w grupie osób widzących się czasem kilka godzin dziennie. Styl wspierający jest dla mnie jedynym możliwym, bo inny byłby sprzeczny z moją osobowością i poglądami.
Truizmem jest teza, że do pracy nauczyciela trzeba mieć powołanie i wiele cierpliwości, czego doświadczyłam na własnej skórze; znam wielu nauczycieli, którzy są bardzo nieszczęśliwi i krzywdzą przez to uczniów, wylewając na nich swoje frustracje, podcinając skrzydła, wyżywając się. Znam też takich, którzy z czasem tracili zapał i stawali się smutnymi ludźmi. Widywałam też pedagogów z syndromem boga - tych sama się obawiałam najbardziej, chodząc do szkoły, stąd moja niechęć i złe skojarzenia ze stylem kierowniczym. Nie jest to łatwy zawód, ale można się w nim spełniać niezależnie od typu, który reprezentujemy.

Gdy odbywałam kilkanaście lat temu praktyki w swojej dawnej szkole podstawowej, spotkałam swoją wspaniałą nauczycielkę języka polskiego. Przyznałam, że to ona mnie zainspirowała do wyboru takiej ścieżki zawodowej. Posmutniała, a może zdenerwowała się nawet i powiedziała: "Marto, taka mądra z ciebie dziewczyna... Zastanów się jeszcze!".
Po latach odwiedziła mnie jedna z absolwentek i, szczebiocząc, oświadczyła mi to samo, co ja wiele lat wcześniej swojej nauczycielce. Nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby nie zapachniało tandetą. Zrobiło mi się po ludzku miło, że ktoś uznał mnie za charyzmatyczną i chciał podążać moją drogą, ale nie mogłam po prostu wyzbyć się czającego się gdzieś strachu o tę młodą dziewczynę i o jej przyszłych podopiecznych...

Marta Wójcik


Zaświadczenie online



numer online: 41 gości

reklama